Święta mijają powoli, dla większość czas wolny pełen odpoczynku, spotkań ze znajomymi, dla niektórych zadumy. Dla lekarzy często bardzo pracowity okres – zwłaszcza dla tych młodszych, którzy muszą odpracować „frycowe” na oddziałach i zamiast spędzać święta przy karpiu czy kolędach siedzą w pracy, na oddziałach, SOR’ach czy nocnych pomocach doraźnych. Mnie w tym roku na całe szczęście ten okres minął bez dyżuru, za rok nie będzie już tak dobrze..

Jak każdy Prawdziwy Polak w święta udałem się z rodziną do kościoła, Ksiądz zza ambony prawił kazanie – wypomina coś o Cudzie. W mediach głośno o najbardziej wychłodzonym chłopcu, który przeżył. Cud? Czy ciężka praca lekarzy, pielęgniarek, nowoczesny sprzęt, najnowsze standardy leczenia i nieco szczęścia? Dla mnie to drugie, choć to o cud się otarło. Są też cuda naciągane – na potrzeby kościoła, byłem świadkiem próby stworzenia takiego właśnie CUDU!

Kilka lat wstecz, jeszcze na studiach, Klinika Hematologii, na oddziale wiele zakonnic pracujących jako pielęgniarki. Młody chłopak – kolejny nawrót nowotworu układu chłonnego – dostał eskalowaną „chemię”, jego stan zaczyna się poprawiać. Blasty we krwi zanikają – wszystko na dobrej drodze, jest remisja, nie wiadomo jak długo, może zaraz po zaprzestaniu podawania „chemii” wszystko nawróci, ale jest szansa. Siostry zaczynają biegać dookoła rodziców, proszą, żeby podpisać pismo, że one się modliły o zdrowie syna (w co nie wątpię), że remisja, której jesteśmy świadkami to cud wymodlony przez siostry zakonne. One przekażą to dalej do Watykanu (żeby kogoś okrzyknąć świętym). Rodzice nie zgodzili się, dla nich to zasługa lekarzy, farmaceutów i wszystkich, dzięki którym syn na czas dostał odpowiednie leczenie.

Ten „Cud in vitro” się nie udał.